Specjalizacja po reformie
Rozmawiał R. Kulik
RK: Reforma trybu specjalizacji lekarskich funkcjonuje od roku. Wydaje się, że jest to dostatecznie długi czas, żeby spojrzeć na nią krytycznie. Czy widzi Pan jakieś problemy w konstrukcji tej reformy, jeżeli chodzi o specjalizację z położnictwa i ginekologii?
RD: W położnictwie i ginekologii reforma nie egzystuje tak długo, istnieje dopiero od wiosny tego roku, ponieważ położnictwo i ginekologia ruszyły (podobnie jak kilka innych specjalizacji) jak gdyby w drugim etapie. Trudno więc jeszcze w tej chwili o ocenę. Tak naprawdę, to ludzie, którzy wiosną tego roku otworzyli specjalizację – dopiero w tej chwili zaczynają.
Jeżeli chodzi o problemy to myślę, że największym z nich jest sprawa otwierania specjalizacji dla lekarzy, którzy już mają jedynkę z położnictwa i ginekologii. Wielu z nich jest zatrudnionych na stałe etaty w oddziałach, które posiadają lub do niedawna posiadały prawo kształcenia. Częste są takie sytuacje, że np. w klinice zatrudniony jest na etacie asystenta młody adept sztuki, posiadający już jedynkę, który normalnie powinien kontynuować specjalizację. Klinika ta ma akredytację, ale nasz młody lekarz, pracownik tej kliniki, nie ma otwartej specjalizacji, ponieważ nie wygrał w konkursie.
Spore dyskusje wywołuje też sprawa otwierania specjalizacji w ramach studiów doktoranckich w Akademiach Medycznych.
RK: Czy znamy liczbę osób, które mają ten problem, to znaczy mają jedynkę i znajdują się niejako w zawieszeniu?
RD: Ilu ludzi w Polsce ma pierwszy stopień specjalizacji z położnictwa i ginekologii – na pewno jest bardzo trudno powiedzieć. Myślę, że można liczyć, że to jest co najmniej 1000-1500 osób. Ale to jest taki mój szacunek – wzięty trochę „z powietrza”. Natomiast wielu z tych lekarzy zrobiło pierwszy stopień 15 lat temu. Problemem, który pojawi się już za kilka lat będzie pytanie, jakie ma być ich dalsze umocowanie w organizacji służby zdrowia.
RK: Czy pracuje się w tej chwili nad tym, żeby ten problem rozwiązać?
RD: Nic o tym nie wiem. Osoby te teoretycznie powinny mieć prawo otworzenia specjalizacji drugiego stopnia. Tymczasem jeżeli nie otworzą tej specjalizacji w ciągu najbliższych kilku lat, jaka będzie ich sytuacja – trudno dzisiaj zgadywać.
RK: Wspomniał Pan, że reforma funkcjonuje w praktyce dopiero od wiosny. W tej chwili Ministerstwo Zdrowia opublikowało limity miejsc specjalizacyjnych we wszystkich podstawowych i uzupełniających dziedzinach medycyny. W publikacji tej nie uwzględniono w ogóle położnictwa i ginekologii. Dowiedziałem się dzisiaj w Mazowieckim Centrum Zdrowia, że na razie czekają i nie wiedzą, czy w ogóle będzie nowa pula miejsc. Czy oznacza to, że w tym sezonie nowych miejsc dla ginekologii i położnictwa w Polsce nie będzie? Czy Pan coś na ten temat wie?
RD: Nie, nic na ten temat nie wiem. Musimy sobie jednak odpowiedzieć na jedno pytanie, czy rzeczywiście trzeba szkolić tak wielu nowych położników i ginekologów? Czy istnieje obecnie zapotrzebowanie na nowych specjalistów w tej dziedzinie? Niezbędna jest jakaś decyzja w tej sprawie. Mam pełną świadomość tego, że dla wielu osób jest to sytuacja dramatyczna. Człowiek wybiera sobie tę specjalność, widzi siebie w tej roli, a tu nagle okazuje się, że istnieją pewne ograniczenia, że być może nawet będzie musiał zmienić swoje plany zawodowe. Trzeba jednak podkreślić, że w większości ośrodków w Polsce nie mamy obecnie niedoboru położników i ginekologów.
RK: Nie można się nie zgodzić z Panem, jeżeli chodzi o nowych specjalistów. Jednak nieprzyznanie w tej chwili kolejnej puli miejsc (o ile nie jest to tylko opóźnienie), dodatkowo ogranicza możliwość dokończenia specjalizacji dla lekarzy, którzy mają już jedynkę z ginekologii i położnictwa.
RD: Nie mogę się na ten temat wypowiedzieć – to jest decyzja arbitralna, z góry. Sądzę, że sytuacja takich ginekologów zostanie uwzględniona – ale to jest tylko moja nadzieja. Problem jest dosyć skomplikowany i decyzje co do jego rozwiązania nie mogą być pochopne. Na pewno znalezienie dobrego wyjścia z tej sytuacji wymaga czasu.
RK: Dość enigmatyczny jest w ustawie punkt przewidujący możliwość odbywania specjalizacji – na podstawie umowy cywilno-prawnej. Czy oznacza to, że zainteresowany miałby płacić coś w rodzaju czesnego dla szpitala, w którym się kształci?
RD: Nie można wykluczyć takiej wersji, skoro będzie to w gestii dyrektora szpitala.
RK: Czy ta forma będzie funkcjonowała w ramach wciąż tego samego limitu miejsc specjalizacyjnych?
RD: Tak.
RK: A czy znane są Panu przypadki tego rodzaju umów cywilno-prawnych?
RD: Nie słyszałem. Zwracano się do mnie z prośbą, żebym taką specjalizację prowadził, jednak osoba ta nie zakwalifikowała się.
RK: Czy liczba miejsc przeznaczonych na specjalizacje pokrywa się z liczbą rezydentur? Czy rezydentury są kolejnym wąskim gardłem odsiewu kandydatów?
RD: Ministerstwo rozdzielając rezydentury – rozdziela je w zależności od zapotrzebowania w państwie na poszczególnych specjalistów. A wiadomo, że największe zapotrzebowanie jest w tej chwili na lekarzy rodzinnych, w związku z tym większość rezydentur przeznaczonych jest dla tej specjalności.
RK: Może inaczej sformułuję moje pytanie. Czy gdyby wszyscy kandydaci, powiedzmy w województwie mazowieckim, składając swoje wnioski zakreślili, że wybierają opcję z rezydenturą, to czy wszyscy, którzy zakwalifikowaliby się – mieliby zagwarantowaną tę rezydenturę?
RD: Teraz wiosną, o ile dobrze pamiętam, w województwie mazowieckim łącznie było 76 miejsc, z czego etatów rezydenckich było, zdaje się, około 30.
RK: Czy w takim razie istnieje coś w rodzaju odrębnego naboru na miejsca rezydenckie i wszystkie pozostałe?
RD: Tak. Wydaje się, że trudniej będzie uzyskać rezydenturę. Wiem jednak, że w jednej specjalności na pewno było tak, że aby się zakwalifikować na rezydenturę, wystarczało zdobycie mniejszej liczby punktów, niż wymagana była w sytuacji, gdy kandydat miał już inne zatrudnienie. A zatem może być różnie.
RK: Czy rezydentura może stanowić „wąskie gardło”?
RD: Czasami tak. Teoretycznie może być taka sytuacja, że zgodę na specjalizację uzyska ktoś, kto gorzej zdał egzamin – tylko dlatego, że nie starał się o rezydenturę. Natomiast osoba z lepszym wynikiem odpadnie – bo starała się o rezydenturę, jednak zabrakło dla niej miejsca rezydenckiego.
RK: Czy taka osoba nie otrzyma szansy znalezienia sobie etatu i oddelegowania lub skorzystania z możliwości zawarcia umowy cywilno-prawnej?
RD: W imię porządku i sprawiedliwości – nie! Liczba osób, które chcą otworzyć specjalizację z położnictwa i ginekologii w Warszawie była do tej pory trzykrotnie większa niż liczba miejsc. Nagle po konkursie okazało się, że ten zdał – tamten nie zdał. I teraz nie może być tak, że ktoś sobie zamieni dokumenty, bo zabrałby w ten sposób miejsce komuś innemu.
RK: Czy ośrodki, które uzyskały akredytację i mają określoną liczbę miejsc, otrzymują jakieś fundusze z ministerstwa lub innych źródeł – na koszty nauczania?
RD: Nic mi na ten temat nie wiadomo – raczej nie.
RK: Czy to dobrze?
RD: Na pewno niedobrze, natomiast jest to chyba taki temat, którego my w Polsce nie zauważamy, nie liczymy, ile kosztuje wykształcenie jednego specjalisty.
RK: Czy kryteria, na podstawie których ośrodki mogą uzyskać akredytację – są doskonałe?
RD: Kryteria nigdy nie są doskonałe, jeżeli istnieje tak zwana konkurencja. W położnictwie i ginekologii było zupełnie inne opiniowanie w poszczególnych rejonach. Były takie województwa w Polsce, gdzie specjalista regionalny opiniował pozytywnie również małe oddziały, a były i takie, w których pozytywna opinia dotyczyła jedynie dużych ośrodków klinicznych. Myślę, że komisja (pod kierunkiem specjalisty krajowego – pana profesora Bogdana Chazana), która ustalała limity dla poszczególnych regionów, była w bardzo niewdzięcznej i trudnej sytuacji próbując łagodzić spory i sprawiedliwie dzielić skromne zasoby pomiędzy „zgłodniałe” ośrodki. Natomiast kwalifikacja ośrodków nie może być do końca obiektywna. Jakaś super-komisja musiałaby odwiedzić wszystkie starające się oddziały w Polsce i ocenić, który z nich ma mieć prawo szkolenia, a który nie. Jest to raczej nierealne.
RK: Czy były jakieś zaskakujące decyzje, np. takie, że jakiś duży ośrodek nie dostał tychże miejsc?
RD: Nie. Wszystkie duże kliniczne ośrodki dostały. Istnieje natomiast pewna liczba szpitali, które do niedawna miały prawo kształcenia, a teraz nie dostały akredytacji. Aktualne kryteria są bowiem znacznie bardziej zaostrzone. Jednak mnie osobiście najbardziej rzuca się w oczy to, że w niektórych województwach akredytacja miała charakter bardzo rygorystyczny, a w innych – znacznie bardziej liberalny.
RK: A w jakim rejonie najwięcej ośrodków uzyskało akredytację?
RD: Na pewno w Warszawie. Tu jest największa liczba oddziałów w ogóle i w związku z tym najwięcej miejsc akredytacyjnych.
RK: Dziękuję za rozmowę.
