Przejawy niechlujstwa można spotkać wszędzie, także wśród lekarzy. Niechlujstwo może się wyrażać w postaci zaniedbanego wyglądu zewnętrznego, niestosownej fryzury, braku higieny osobistej (tłuste włosy, nieświeża koszula, nieświeży oddech). Jego przejawem może być niestosowne zachowanie wyrażające się nieelegancją wobec pacjenta, spóźnianiem się czy zapominaniem o zobowiązaniach, dyskredytowaniem kolegów w oczach pacjentki. Przejawy niechlujstwa można mnożyć w nieskończoność.
Oczywiste jest, że niechlujstwo w swej najcięższej, uporczywej postaci dotyczy zaledwie niewielkiego odsetka lekarzy, jednak wyrazy niechlujstwa u przedstawicieli naszego zawodu rażą w sposób szczególnie jaskrawy. Powodują niekończące się, powtarzane z ust do ust komentarze, stają się karmą dla dziennikarzy prasy brukowej i reporterów programów sensacyjnych, którzy wyolbrzymiają skalę problemu. Sami lekarze dostrzegają, że jedna czarna owca potrafi zepsuć opinię całemu stadu. Pewnej lekarce powiatowej przychodni rejonowej zdarzało się zwracać do młodych pacjentek przychodzących po antykoncepcję epitetami kwestionującymi ich obyczajowość. Komentując jej zachowanie inny lekarz powiedział: „opinia, którą ona robi ginekologom jest jak woń wozu z szambem – chociaż cysterny nie widać, to czuć ją z daleka, a zapach unosi się długo”.
Przykładem niebezpiecznych publikacji utrwalających negatywny społeczny odbiór ginekologów jest opublikowany niedawno w Przekroju (Nr 10. z 11 marca 2001), a przedrukowany potem w ogromnym już nakładzie na łamach Angory (Nr 12 (562) z 25 marca 2001) tekst pani Barbary Pajchert pod tytułem „Wiosna na skrobanki”. Obszerne cytaty przedstawia ramka obok. Autorka porusza w tekście problem istnienia podziemia aborcyjnego. W tle jednak wyraźnie widać niechlujstwo lekarzy oraz społeczną dezaprobatę dla tego rodzaju postaw.
Możemy akceptować przejawy niechlujstwa, gdy dotyczą tylko nielicznych spośród nas, ale musimy wówczas pogodzić się z faktem, że część złej sławy spadnie na nas. Możemy jednak starać się wyrugować te kulturalne braki zaczynając choćby na poziomie studentów (nawiązuję tu do słów szwedzkiej lekarki, dr Kristiny Ericsson, cytowanych w korespondencji ze Szwecji). Pod ostrzem celnej krytyki własnego środowiska nawet najzatwardzialsze „flejtuchy” potrafią zamienić się we wzorce elegancji.
Dlaczego Niemcy są tak czystym narodem, którego przedstawiciele odnoszą się do siebie (przynajmniej z pozoru) życzliwie? Dowiedziałem się tego niedawno oglądając program historyczny o jakimś niemieckim landzie. Otóż w średniowieczu, w małych, otoczonych murami, mocno przeludnionych miastach panował straszny brud. Mieszkańcy wylewali nieczystości i wyrzucali odpadki na ulice, wprost przed swoje domy. Miasta śmierdziały i tonęły w rozkładających się śmieciach. Jednak na szczęście dla Niemców miejscowa władza wykonawcza w osobie jakiegoś (nie pamiętam nazwiska) księcia – była silna. Silna na tyle, żeby wydać i wyegzekwować rozporządzenie, na mocy którego każdy właściciel posesji musiał co piątek sprzątać swój teren oraz przyległą do niego ulicę. Karą za nieprzestrzeganie rozporządzenia była konfiskata nieruchomości. Długofalowym efektem tego prawa jest panujący do dziś porządek i życzliwość wobec sąsiadów. Trzeba było dobrze z nimi żyć, bo ich pomoc mogła być konieczna przy sprzątaniu, a z drugiej strony – nieżyczliwość – mogła sprowokować donos. Dla konfiskaty domu wystarczało trochę suchych jesiennych liści i donos sąsiadów, że nie widują właściciela danej posesji sprzątającego w piątki. Co ciekawe, w niektórych niemieckich landach prawo to nie zostało uchylone i zwyczaj ostentacyjnego sprzątania posesji w każdy piątek zachował się do dziś. Podobnie dzieje się w Ameryce, gdzie za nie strzyżony trawnik na własnym terenie można być dziś ukaranym, gdyż chwasty rozsiewają się na posesje sąsiadów. Nietrudno sobie wyobrazić, co by się działo, gdyby ktoś zrobił ze swego ogrodu wysypisko gnijących śmieci.
Są to niewątpliwe przykłady sytuacji, kiedy mądre prawo zmusza jakieś środowisko do wyrugowania przejawów niechlujstwa. Brakuje nam niestety silnego „księcia”, który mógłby zaprowadzić porządek. Chociaż mamy prawo, to jednak brak nam mechanizmów jego egzekwowania. Na szczęście, jak się wydaje, rynkowe mechanizmy konkurencji odegrają pozytywną rolę w tym względzie.
Gdy się zastanawiam, jaka jest dziś ranga lekarzy w naszym kraju, to nasuwa mi się dosyć oryginalne porównanie. Otóż, zdefiniujmy sobie roboczo osobę „godną zaufania społecznego” jako taką, która może oficjalnie potwierdzać wiarygodność, np. dokumentów. Z tego punktu widzenia w Polsce do niedawna osobami godnymi zaufania byli urzędnicy państwowi najniższego nawet szczebla. Wystarczyło kserokopię dokumentu zanieść do Rady Narodowej wraz z dokumentem oryginalnym i urzędniczka (często bez matury), przybijała pieczęć na kopii i taki dokument uznawany był wszędzie za wiarygodny. Przywileju tego nie mieli i nie mają polscy lekarze. Inaczej jest w Wielkiej Brytanii. Tam, aby wyrobić sobie paszport wystarczy (przynajmniej tak było do niedawna) wypełnić formularz, zanieść swoje zdjęcie do osoby godnej zaufania, którą jest najczęściej lekarz (rzadziej poseł lub sędzia) i poprosić, aby napisał na odwrocie zdjęcia, że osoba na fotografii jest mu znana i że rzeczywiście nazywa się tak, jak podaje. Lekarz dopisuje także, w jaki sposób można się z nim skontaktować, np. podaje nr telefonu. Następnie osoba starająca się o paszport wysyła formularz z potwierdzonym zdjęciem do urzędu. W Wielkiej Brytanii co roku jest publikowana i dostępna w każdej bibliotece publicznej wielka księga nazwisk z adresami i numerami telefonów wszystkich, posiadających prawo wykonywania zawodu lekarzy. Dzięki temu urzędnik może łatwo sprawdzić, czy dany lekarz istnieje i dzwoniąc do niego zweryfikować, czy rzeczywiście potwierdzał ostatnio czyjąś wiarygodność. Teraz obywatel odbiera gotowy paszport na poczcie. Jeszcze tylko urzędnik pocztowy wydając dokument sprawdza, czy odbierający jest podobny do osoby na zdjęciu wklejonym do paszportu. Jak widać, instytucja zawodu lekarza ma w Wielkiej Brytanii wysoką rangę i cieszy się ogromnym zaufaniem społecznym.
Artykuły składające się na temat wiodący tego numeru przedstawiamy w kolejności, którą rozpoczynają opinie pacjentek; następnie publikujemy wypowiedź lekarki ze Szwecji, która miała okazję zetknąć się z naszą służbą zdrowia; opinię polskiego lekarza od lat zamieszkałego i praktykującego w Niemczech oraz wypowiedzi uznanych polskich autorytetów.
Celem poruszenia tego drażliwego tematu nie było obrażenie kogokolwiek z naszego środowiska, a jedynie twórcza krytyka wynikająca z głębokiej wiary, że życzliwa uwaga pod adresem, nielicznych co prawda, „dbałych inaczej kolegów” może pomóc im wyeliminować niepożądane cechy. Skuteczność takiej presji otoczenia widać wyraźnie w korespondencji dr Zbigniewa Szczepańskiego, z której wynika, że Polacy za granicą potrafią dostosować się do wysokiego poziomu kultury i nie przynoszą nam wstydu, a raczej zaszczyt.
Dr Dorota Religa w swoim tekście zwraca uwagę na znaczenie pracy zespołowej, wzajemnej lojalności i solidarności małych zespołów ludzkich. Jest to szalenie ważny element, od wielu lat funkcjonujący w przemyśle, a „podpatrzony” (i wprowadzany przez amerykańskich specjalistów od marketingu, zarządzania i organizacji pracy) – u Japończyków. To dzięki entuzjazmowi i solidaryzmowi małych grup na poziomie przedsiębiorstw Japonia przez wiele lat odnosiła na świecie ogromne sukcesy gospodarcze. Teraz ta kultura dociera do służby zdrowia w niektórych krajach europejskich i, jak się wydaje, będzie musiała dotrzeć i do nas.
Robert Kulik
|
„Wiosna na skrobanki” Fragmenty artykułu opublikowanego niedawno w Przekroju (Nr 10. z 11 marca 2001) a przedrukowanego potem w wysokim, ogólnopolskim nakładzie na łamach Angory (Nr 12 (562) z 25 marca 2001) autorstwa pani Barbary Pajchert. Artykuł analizuje rynek aborcyjny w Polsce i Europie [….] Czy można odmówić Obskurnie i brudno. Na starych meblach gruba war stwa kurzu. W poczekalni, która kiedyś była może salonem, chłopak i dziewczyna. Smutni. Adres tego gabinetu dostałam od działaczki organizacji kobiecej. Lekarz sprawdzony w boju. Skrobanki przeprowadza bez przerwy od 20 lat. Fachowiec. – Czy zdaje sobie pani sprawę z tego, ile niechcianych ciąż jest do usunięcia? Wiosną najwięcej. A ponieważ wiosna w tym roku przyszła wcześniej, to gabinety już się zapełniają -wyznaje, anonimowo oczywiście, lekarz ginekolog i położnik. To „położnik”, wytłuszczone na wizytówce, to chyba dla zmylenia wroga. – Czy można odmówić zrozpaczonej, młodej kobie cie, która dopiero rozpoczyna studia czy karierę zawodową? A tu trach i niechciana ciąża. Cały świat jej się wali. Wszystkie życiowe plany – mówi z troską pan doktor [… ] Dalej lekarz uzasadnia dlaczego skrobanki są potrzebne. W małej pod.. X…miejscowości wszyscy wie dzą, że pan ginekolog dorobił się na skrobankach. Wszyscy wiedzą wszystko A za co te wille postawił? Za łapówki i skrobanki. To oprawca, nie lekarz. Anty chryst jeden -denerwuje się stara kobieta. – Podobno ma drugi gabinet w …X…, w wynajętym mieszkaniu i tam robi te zabiegi. Młodsze mieszkanki miasteczka nie chcą za wiele mówić o doktorze .. X.., choć przyznają, iż nieraz słyszały, że „jakby co, to pewny adres”. – To podobno bardzo dobry ginekolog. – Moja znajoma chodzi do niego i leczy się na bezpłodność. – Byłam raz, ale nie podobał mi się. Świńskie dowcipy opowiadał i wyglądał trochę obleśnie. Doktor X ma lat 54. Za konsultacje nie bierze nic. Nie każda kobieta może być jednak jego klientką. Jeżeli za bardzo się waha, mówi o wyrzutach sumienia, zabijaniu itp., doktor X nie ryzykuje. Większość kobiet pojawia się jednak w jego gabinecie już po przemyśleniach. – Ja nie pomagam w podjęciu decyzji. Nie na tym polega moja robota – wyznaje doktor.[…] Dalej lekarz opowiada o pacjentkach. […] Doktor X jest realistą. Widział w życiu wiele zła i jest przekonany, że to, co robi, złem nie jest. Doktor X do kościoła nie chodzi, ale księdza po kolędzie przyjmuje. Ze względu na rodzinę. – A ksiądz przychodzi, bo wie, że zawsze dostanie ode mnie sporą sumkę na parafię. Ksiądz słyszał, co ludzie gadają o doktorze X, ale uważa, że to z zawiści i zazdrości. Ginekolog -absolutnie wszystko Dzwonię pod wskazany w ogłoszeniu prasowym numer telefonu komórkowego. Nie owijam w bawełnę. – Sądzę, że to piąty ty dzień. Może pan mi pomóc? – Możemy spróbować wywołać okres – odpowiada. Przez telefon informacji nie udzielam. Możemy umówić się na spotkanie. Kolejny telefon. Znów męski, twardy, ale sympatyczny głos: – To mamy problem – mówi lekarz. -Ale trzeba wszystko potwierdzić, zrobić badania. Musimy umówić się na wizy tę. Liczne ogłoszenia w prasie ogólnokrajowej i lokalnej lekarzy ginekologów i spół dzielni lekarskich potwierdzają istnienie aborcyjnego podziemia. „Usługi ginekologiczne – pełny zakres”, „Ginekolog – wszystko”, „Ginekolog najtaniej” czy „Ginekolodzy -absolutnie wszystko” – to najczęściej pojawiające się formułki. Po nich podaje się z reguły numer telefonu komórkowego, chociaż zdarzają się i stacjonarne. Ze względu na kilka uwieńczonych sukcesem akcji policji i prokuratury z zakładaniem lekarzom podsłuchów, rozmawiając przez telefon zbyt wiele się nie dowiemy. Jednak pytania w stylu: „czy pani się spieszy?” albo „kiedy była ostatnia miesiączka?” -wskazują na właściwy adres. Po kilku spotkaniach i roz mowach znam już ceny i warunki, w jakich zabieg będzie przeprowadzany. Tylko w jednym gabinecie było idealnie czysto. W pozostałych warunki budziły moje wątpliwości. Ginekolodzy -sami faceci w średnim wieku. Wprawili się pewnie jeszcze w czasach, gdy aborcja w naszym kraju była legalna. – Co, gumka pękła? -dowcipkuje jeden. Drugi przy znaje, że tyle tego zrobił, iż „mógłby z zamkniętymi oczami”. Trzeci sucho podaje cenę 1500 złotych i za każdy tydzień w górę od 12. tygodnia 150 złotych dodatkowo. Żadnej z tych rozmów jednak nie było. – W razie czego wyprę się wszystkiego – mówi lekarz i wbija we mnie wzrok. W Warszawie stawki za zabieg są nieco wyższe niż w innych częściach kraju – około 2000 zł. Z informacji Federacji na rzecz Kobiet i Planowania Rodziny wynika, że usługi aborcyjne świadczone są głównie w dużych miastach, w mniejszych lekarze za bardzo się boją, że mogliby „wpaść”. Decydują się na wykonanie zabiegu tylko znajomym bądź kobietom poleconym przez znajomych […]. Dalej w artykule opisane są warunki i ceny zabiegów w krajach ościennych. |

