powrót do spisu treści

powrót do listy numerów archiwalnych

powrót do strony głównej



Ciągłe podyplomowe kształcenie lekarzy w Niemczech

Korespondencja dr Zbigniewa Szczepańskiego z Niemiec


Szkolenie podyplomowe lekarzy jest nieodzowną częścią składową jakości każdego lekarza, zawsze i wszędzie, niezależnie od narodowości, rasy, wyznania, rodzaju działalność lekarza, w lecznictwie zamkniętym, otwartym, prywatnym czy kasowym i niezależnie od tego czy się stoi wyżej, czy niżej na drabinie społecznej hierarchii. Jest to takie proste jak koło, które nie ma początku ani końca, choć każdy wie, że teoretycznie gdzieś się zaczyna i gdzieś się kończy. Nie ma więc sensu prowadzić rozwlekłych dywagacji dla uzasadnienia truizmu o potrzebie szkolenia podyplomowego lekarzy. Nikt nie ma co do tego żadnych wątpliwości, a na pewno najmniej tych wątpliwości mają lekarze sami. Można bez przesady rzec, iż lekarze są na szkolenie podyplomowe skazani. Znakomity chirurg amerykański Charles Mayo wyraził to tak dosadnie, że bardziej chyba nie można: „Od momentu, kiedy rozpocznie się studiowanie medycyny, nigdy nie uda się tych studiów ukończyć”. Nie wszyscy jednak zdają sobie sprawę z tego, że ta potrzeba jest taka ważna, taka istotna i niezbędna, i że lekarz nie rozwijający się i nie dokształcający się nieustannie, działa po pewnym czasie na ślepo i przypomina w tym działaniu pracę kreta, który swą drogę znaczy pagórkami ziemi.

Szkolenia lekarskie w Niemczech były kiedyś, za czasów mojego tutaj osiedlenia się, a więc bez mała 20 lat temu, zupełnie normalne, to znaczy takie trochę „czy się stoi, czy się leży”. Każdy normalny i rozsądny lekarz odczuwał potrzebę szkolenia się po uzyskaniu dyplomu lekarskiego, ale wiele było takich, którzy potrafili się opanować. Co gorsze, ci którzy potrafili się opanować i nie szkolili się mieli oczywiście braki, ale nie odczuwali tych braków na własnej skórze. Najmocniej odczuwali te braki na swojej skórze pacjenci, ale oni, ci chorzy i zdani na łaskę i niełaskę nie doszkolonych i nie szkolących się lekarzy pacjenci, sądzili, że tak ma być, że jeśli ktoś jest lekarzem, to umie wszystko i na wszystkim się zna. Taka była istotnie mentalność pacjentek, co najwyraźniej uwidaczniało się w tym, że ogromna liczba kobiet dokonywała profilaktycznych badań przeciwrakowych dotyczących przede wszystkim narządów płciowych nie u ginekologa, lecz u lekarza domowego. Lekarze domowi zaś, to właśnie byli najczęściej tak zwani lekarze praktyczni, czyli właśnie ci, którzy w zasadzie nie mieli wówczas żadnego obowiązku podyplomowego szkolenia się. Wystarczyło odbyć 2 – letni staż w szpitalu i w praktyce i już można było być lekarzem praktycznym, otworzyć praktykę lekarską i leczyć kogo się da i czym się da, na swój własny sposób. Luka została zatem na razie i częściowo tymi młodymi i głodnymi pieniędzy lekarzami relatywnie wypełniona, bo przecież jeszcze nie tak dawno temu nie było lekarzy w ogóle, albo gwoli prawdzie, było ich bardzo niewiele.

Ciągle jednak brakowało dobrych lekarzy, bo skąd się mieli nagle wziąć. Powołana do życia w 1949 roku Republika Federalna Niemiec, zbierała właśnie teraz, po bez mała 30 latach, żniwo ziarna zatrutego nienawiścią do służby zdrowia zasianego na początku zaistnienia demokratycznego państwa niemieckiego. Trudno to sobie wyobrazić, ale jak głosiła fama, której nadsłuchiwałem ze wszystkich stron z wielką ciekawością, w 1949 roku, w nowo powstałej demokratycznej i arcyopiekuńczej Niemieckiej Republice Federalnej lekarze dostawali żebracze pobory wystarczające z trudem do przeżycia od jednego do drugiego poboru pieniędzy. Ławy uniwersyteckie na wydziałach medycznych zaczęły pustoszeć. Młodzież nie widziała dla siebie w tej dziedzinie żadnej perspektywy. Zdeprecjonowany, pozbawiony szacunku i życiowych perspektyw zawód, znajdował jeszcze tu i ówdzie fanatycznych Judymów, ale takiej ilości studentów potrzebnych do wyprodukowania lekarzy gwarantujących zabezpieczenie ochrony zdrowia kilkudziesięciu milionom obywateli niemieckich, brakowało coraz to więcej. Wraz z malejącą liczbą lekarzy niemieckich, którzy nie mieli dotąd okazji nauczyć się „brać”, a pacjenci „dawać”, rósł problem zabezpieczenia zdrowia narodu niemieckiego.

Historia zatoczyła koło i powtórzyła się. Wprawdzie nie tak krwawo, jak wówczas pod rządami Stalina, bo tutaj w Niemczech zachodnich zaszło coś zupełnie odwrotnego. Urodzona została demokracja, która wykonywała jeszcze bardzo nieskoordynowane ruchy małymi i chudymi, zawiniętymi w pieluchy kończynkami, ale skutki tej powtórki z historii były takie same.

Po rewolucji październikowej Związek Sowiecki nie miał lekarzy w ogóle, bo wszystkich, którym nie udało się uciec, wybito do nogi. Nie trzeba było długo czekać na konfrontację ustroju szczęśliwości robotniczej z totalnym brakiem opieki lekarskiej. Specjaliści od rządzenia ludem w imię jego rajskiego dobra z batiuszką Stalinem na czele znaleźli naprędce coś pośredniego między lekarzem a pielęgniarzem, tak zwanych felczerów, których nauczyli w ciągu 2 lat propedeutyki medycyny i kazali im leczyć ludzi wedle sloganu z Majakowskiego – „jednostka niczym, społeczeństwo wszystkim”. Wypełnili więc także chwilową lukę, która miała szybko umrzeć śmiercią naturalną w miarę pojawiania się prawdziwych, socjalistycznych lekarzy, wykształconych w socjalistycznych uczelniach. Zapomnieli jednak pomyśleć bo tym, a raczej nie byli do takiego myślenia zdolni, że proces budowy uczelni medycznej, to nie budowa jej murów, tylko tworzenie personelu akademickiego, lekarzy, docentów i profesorów, aby studenci mieli u kogo pobierać te jakże trudne nauki medyczne. Prowizorycznie utworzona kadra felczerska przetrwała dziesiątki lat i jeszcze dzisiaj widoczna jest w Polsce tu i ówdzie, dostarczając dodatkowego dowodu na to, że najtrwalsze są prowizorki. Sowieccy tyrani nie byli w tej niewiedzy odosobnieni. Podobną niewiedzę reprezentują do dzisiaj bodaj wszyscy rządzący na świecie.

Niemiecka Republika Federalna jednak różniła się w latach pięćdziesiątych XX wieku od ZSRR tym, że w niedługim czasie po jej ustanowieniu dokonała cudu gospodarczego i miała dość pieniędzy, żeby sobie dobrych lekarzy za dobre pieniądze kupić i sprowadzić. Wtedy nagle znalazły się pieniądze i to pieniądze duże, które zwabiły do medycznej Mekki ogromne ilości lekarzy. Oczywiście zwabieni pieniędzmi lekarze byli na wagę złota i to oni stawiali warunki, a nie państwo. Trudno więc było państwu niemieckiemu uzależnionemu od obcych lekarzy przywołanych do pomocy dyktować tymże lekarzom rygorystyczne warunki podyplomowej edukacji w obliczu zagrożenia opieki zdrowotnej całego swojego społeczeństwa.

Historia znowu się powtórzyła. Tym razem w Polsce, która też urodziła demokrację. I cóż, i znowu okazało się, że historia, jak zawsze dotąd, nauczyła nas tego, że nas niczego nie nauczyła. Znowu płaci się w Polsce lekarzom żebraczy grosz, więc muszą „brać” i na szczęście potrafią to robić, lecz nędzne dochody większości Polaków nie stwarzają im warunków na „dawanie”, choć też potrafią odpowiednio wynagrodzić lekarzy za odzyskane zdrowie, lub życie. Państwo polskie ciągle mówi, że nie ma pieniędzy, a to przecież nieprawda. Wystarczy posłać radnych do domu, żeby tam się nudzili za darmo, a pozostałych złodziei grosza publicznego ogołocić do skóry i już starczy na zdrowie, edukację i policję. Tyle mamy wokół niechlubnych przykładów ciągłego zapominania o tym, że medycyna, obok edukacji i bezpieczeństwa, to najważniejsze filary każdego państwa, każdej społeczności, że wystarczyłoby dla analfabetów. Nic to jednak nie pomaga, nikt nie dostrzega tego problemu, a jeśli dostrzega, nie może, lub nie chce się z nim uporać. Problem zaś istnieje i przypomina bombę zegarową, która tyka nieubłaganie i prowadzi Polskę do co raz większego chaosu.

Po tym krótkim, ale jak mi się wydaje, koniecznym wstępie, ilustrującym tylko pobieżnie historię organizowania medycyny w Niemczech i tylko w ciągu minionych 119 lat, jeśli za kamień węgielny zorganizowania służby zdrowia przyjmiemy datę orędzia cesarza Niemiec Wilhelma I , który w 1881 roku zwrócił się do Reichstagu II Rzeszy z żądaniem powołania powszechnego ubezpieczenia zdrowotnego dla klasy robotniczej, wróćmy do szkolenia podyplomowego lekarzy w Niemczech. Jako się rzekło, w miarę napływu do Niemiec siły roboczej z dyplomami lekarskimi pod pachą, wypełniającymi braki lekarzy, zaczęły także wypełniać się ławy uniwersyteckie wydziałów lekarskich. Wysokie gaże lekarskie, jakie pobierali teraz lekarze zagraniczni bez potrzeby wykazywania się ponad przeciętnym poziomem wiedzy, stały się nagle, jakby z dnia na dzień, przynętą dla studentów niemieckich. W ciągu kilku lat sytuacja zmieniła się aż tak dalece, że dostanie się na studia medyczne, było co raz trudniejsze i osiągnęło w końcu próg bardzo wysoki. Przeciętna nota maturalna 1,4 ( 1= bardzo dobrze) gwarantowała przyjęcie na studia bez żadnych przeszkód, ale była to nota trudna do osiągnięcia. Maturzyści z gorszymi notami byli oczywiście w miarę wolnych miejsc także przyjmowani, ale ilość tych wolnych miejsc była uwarunkowana ślepym losem i nikt nie mógł wtedy przewidzieć, czy los ten uśmiechnie się do niego, czy nie. Administracja służby zdrowia usadowiona w Ministerstwie Zdrowia, w Zjednoczeniach Lekarskich, w Izbach Lekarskich, w Kasach Chorych a przede wszystkim w uczelniach wyższych musiała się zabrać do roboty i zaczęła podnosić poprzeczkę jakości lekarskiej co raz wyżej i co raz więcej nowych poprzeczek stawiać. Między innymi zlikwidowano instytucję praktycznego lekarza, który w pogoni za materialnym statusem stawał się praktycznym lekarzem bez praktyki lekarskiej, czyli bez doświadczenia lekarskiego, a jego pacjenci nieświadomi tego stawali się jego ofiarami. Lekarza praktycznego zamieniono na lekarza ogólnego, a dziedzinę medycyny ogólnej uznano za specjalizację i umiejscowiono ją w spisie dziedzin specjalistycznych.

Trzeba w tym miejscu wtrącić kilka, moim zdaniem, koniecznych uwag rozjaśniających polskim lekarzom trochę wyraźniej horyzont pojęcia i nazewnictwa specjalizacji lekarskiej w medycynie niemieckiej. Przede wszystkim zacząć trzeba od tego, że w języku niemieckim, zarówno w tym potocznym, jak i lekarskim, nie istnieje pojęcie lekarza specjalisty. Przed laty istniała nazwa, która wskazywała na to, ze mamy do czynienia z lekarzem specjalistą - „Facharzt” - i brzmiała w języku niemieckim tak samo niedorzecznie, jak jej tłumaczenie na język polski – „zawodowy lekarz”. Kojarzyło się to na pierwszy rzut oka z odróżnieniem lekarza zawodowca od lekarza amatora, jak w piłce nożnej, lub w boksie, i nazwa ta została przez administrację służby zdrowia w Niemczech całkowicie i bez wyjątku usunięta z nazewnictwa oficjalnego lekarzy specjalistów. Lekarz, który po odbyciu obowiązkowego stażu specjalizacyjnego zdaje egzamin specjalizacyjny otrzymuje zatem nie tytuł, lecz status lekarza specjalisty. Dotyczy to także lekarzy ogólnych, którzy po 5 latach ciężkiego stażu w 3 podstawowych dziedzinach i zdaniu niełatwego egzaminu, otrzymują prawo do założenia praktyki lekarskiej lekarza domowego i, co za tym idzie, do ciężkiej pracy, a ich tytuł brzmi – „lekarzy ogólny”. Taki sam tytuł noszą specjaliści o węższym zakresie wiedzy, na przykład „lekarz ginekolog”, „lekarz chirurg” itd., czyli podobnie jak ongiś tytułowano w Polsce specjalistów I stopnia. Dla ścisłości trzeba wspomnieć, że po niemiecku brzmi to nieco inaczej, a mianowicie – „Arzt für Chirurgie“, co po polsku oznaczałoby w dosłownym tłumaczeniu – „Lekarz do spraw chirurgii” i byłoby trudne do strawienia. Nie da się również ukryć, że władze służby zdrowia udzieliły lekarzom specjalistom w roku 1998 ponownie prawa do nazywania się zawodowymi lekarzami do spraw jakiejś dziedziny – (Facharzt für ......) – ale z tego co widać na szyldach i wizytówkach, niewielu lekarzy skorzystało z tego prawa.

W Polsce utrzymano tytuł specjalisty i nie ma w tym nic złego poza dziwną nazwą lekarza specjalisty medycyny ogólnej. Odnosi się nieodparcie wrażenie, iż uznano w ten sposób oficjalnie, że są lekarze, którzy ogólnie wiedzą wszystko, a w szczegółach nie wiedzą nic, albo niewiele. Tytuł „specjalista medycyny ogólnej” brzmi bardzo nielogicznie i stanowi określenie przeczące samemu sobie. Można by takie tytułowanie uznać za przekorną odpowiedź na sformułowanie G.B. Shawa, który napisał kiedyś, że „specjalista to człowiek, który wie coraz to więcej o coraz to mniejszym zakresie, aż do momentu, kiedy wie wszystko o niczym”.

Jakby na to nie patrzeć, niemieckiej medycynie pilnie potrzebne było podniesienie jakości usług lekarskich. Rozpoczęto je już za czasów poprzedniego ministra zdrowia Seehofera i zostało ono przez obecną minister panią Fischer przejęte.

Z biegiem czasu powstał, spisany na tomach papieru, Porządek Szkolenia Podyplomowego dla Lekarzy, zunifikowany dla całej Republiki Federalnej Niemiec, ale właściwy dla każdej Izby Lekarskiej i dla każdej z nich w nielicznych i małych detalach różny. Dotyczy to zazwyczaj małych poprzeczek, tych pospecjalizacyjnych, które są tu wyższe, a tam niższe, tu trzeba mieć dla wykonywania pewnych czynności uprawnienia Zjednoczenia Lekarskiego, a tam na przykład nie. Specjalizacje są z reguły tak dalece zunifikowane, że każdy specjalista, w tym też i ginekolog, uznawany jest za specjalistę na terenie całych Niemiec.

Pisanie o szczegółach, nawet tylko tych ginekologicznych, przekracza możliwości publikacji wszystkiego, co dotyczy szkolenia podyplomowego, w periodyku lekarskim, choćby najbardziej ciekawym i wysoce wyspecjalizowanym. Ograniczę się więc do ogólnych wiadomości, przede wszystkim po to, żeby pozbawić moich kolegów w Polsce marzeń, które, być może, żyją jeszcze w ich wspomnieniach o podyplomowym szkoleniu w czasach komuny w Centrum Doskonalenia Kadr Lekarskich w Warszawie i innych uniwersyteckich ośrodkach, gwarantujących lekarzom mieszkanie, wyżywienie i szkolenie, trwające nie rzadko 3 miesiące i to wszystko za darmo, a także w czasie wolnym od pracy, w czasie dodatkowego i płatnego urlopu.

Otóż takiego raju w zakresie szkolenia podyplomowego w Niemczech nie ma.

Nie oznacza to jednak, w odróżnieniu od tamtych chudych czasów, że można w Niemczech nadal, jak przedtem, nie szkolić się, żyć, pracować, zarabiać pieniądze i świadczyć pomoc chorym bez tej, zdawałoby się komuś, niepotrzebnej wiedzy. Nic podobnego. Szkolenie podyplomowe lekarzy jest obowiązkowe i trzeba je absolwować.

Pierwszym etapem szkolenia podyplomowego jest oczywiście obowiązkowa quasi specjalizacja odbywana w szpitalu, albo w szpitalu i częściowo w praktyce kasowo – lekarskiej i ta faza szkolenia jest wynagradzana wedle obowiązującej siatki płac. Specjalizacja jest niezbędna do dalszej pracy lekarza, gdyż bez specjalizacji nie można nie tylko pracować nadal w szpitalu ( etatów tak zwanych starszych asystentów nie ma i w momencie uzyskania specjalizacji lekarz zostaje zwolniony z pracy), ale nie można także założyć praktyki kasowo – lekarskiej, gdyż tak zwani lekarze praktyczni, będący ongiś odpowiednikiem dzisiejszego lekarza pierwszego kontaktu w Polsce, zostali wymazani ze spisu lekarzy uprawnionych do zakładania praktyk lekarskich. Innymi słowy specjalizacja jest podstawą sine qua non szkolenia podyplomowego lekarzy w Niemczech, bez której rien ne va plus.

Specjalizacja w zakresie chorób kobiecych i położnictwa różni się w Niemczech co nieco od tej w Polsce, ale są to różnice tylko w niewielu miejscach istotne a poza tym raczej formalne, bez większego znaczenia na przebieg i poziom wyszkolenia. I tak na przykład czas trwania specjalizacji w Niemczech wynosi 5 lat (o urlopach nie ma wzmianki), a w Polsce 6 lat bez wliczania w okres specjalizacji urlopów. Trudno zgadnąć na ile czas urlopu wpływa dodatnio, a na ile ujemnie w zostaniu dobrym specjalistą. Te okresy specjalizacji z urlopem i bez urlopu, podyktowane przez administrację trzeba po prostu uznać za jeszcze jeden bezkarny gwałt zadany polskiej medycynie przez rozrośniętą do niebotycznych rozmiarów administrację, która zawsze i wszędzie rozwijała się i nadal się rozwija jak rak niszczący zdrową tkankę, z której powstał i z którą w końcu razem ginie. Niemcy pozwalają na częściowe szkolenie specjalizacyjne w praktyce lekarskiej ukierunkowanej wyłącznie ambulatoryjnie i to aż przez dwa lata, czyli bez mała przez połowę okresu trwania specjalizacji. W Polsce takie szkolenie ambulatoryjne jako okres, który może być zaliczany do specjalizacji nie istnieje. Istnieje natomiast znowu liczbówka i ogólnie rzecz biorąc odnosi się wrażenie, że Polacy wygrali z Niemcami walkę o lepszą biurokrację dość wysoko na punkty.

Przed laty było odwrotnie. Polacy pod batutą stalinowskich speców od medycyny wyliczyli dokładnie ile trzeba zrobić tego, ile tamtego, aby zostać dobrym specjalistą i panowie doktorzy z dyplomami w jednym i zeszycikiem w drugim ręku latali, jak dzieci z przedszkola za podpisami, że to, czy owo zrobili, choć może nie zrobili. Kto o to pytał?! „Mądrej głowie dość po słowie”. Jeden potrzebował 5 cięć cesarskich, a drugiemu nie pomogły nawet 500. Po niedługim czasie zrezygnowano z tych liczebnych specjalizacji. I słusznie, nie trzeba było tyle chodzić i zaczęto się uczyć.

W tym samym czasie Niemcy w walce o lepszą jakość przejęli od Polaków te zeszyciki, bo rozeszło się pocztą pantoflową, że poziom ginekologii i położnictwa w Polsce był wysoki. To była prawda, ale właśnie dlatego, że zaczęła owocować rezygnacja z kajecików, a w miejsce formalnego zbierania podpisów u przeróżnych i znajomych szefów, zabrano się do faktycznego nauczania.

Już nie bardzo pamiętam jak to było z tymi ilościami zabiegów i operacji wymaganych od specjalizujących się w ginekologii i położnictwie lekarzy niemieckich, choć działo się to właśnie w okresie, kiedy łapałem grunt pod nogami w Niemczech po 17-letniej pracy na stanowisku ordynatora oddziału w Polsce, a więc siłą rzeczy także i kierownika specjalizacji. Wiem jednak na pewno, że 50 cięć cesarskich od nikogo tutaj nie wymagano. Tyle cięć robiło się i nadal się robi w przeciętnym oddziale rocznie. Z pewnością nie wymagano także od żadnego oddziału uprawnionego do specjalizowania lekarzy 1000 porodów rocznie. Zarówno wówczas, jak i dzisiaj jeszcze, należą oddziały o liczbie 1000 porodów rocznie do wielkiej rzadkości. Większość oddziałów i ich ordynatorów zaczyna się już chwalić, kiedy osiągnie liczbę 400, a te cyrki, które wyprawia się, aby przyciągnąć rodzące do siebie, przechodzą ludzkie pojęcia. Nie sposób tego opisać rzeczowo. Mężowie, lub znacznie częściej przyjaciele rodzących kobiet, wchodzą do łóżka porodowego dosłownie z butami. To nie są żarty, ja to widziałem ! Oczywiście wyrzuciłem toto za drzwi, ale nazajutrz stałem na dywaniku u dyrektora szpitala, którego Semmelweis i aseptyka obchodziły tyle co zeszłoroczny śnieg. Liczyły i liczą się tylko pieniądze. Niech sobie siedzą z brudnymi butami w sali porodowej, niech przecinają pępowiny brudnymi rękami, niech je nawet przegryzają, aby tylko pieniądze płynęły rwistym potokiem z Kas Chorych, które także zdrowie swoich „akcjonariuszy” traktują, jak najbardziej intratny interes. I mają rację, bo tylko o to przecież chodzi.

Jedno jest na razie oczywiste, w Niemczech już nie wylicza się zabiegów i innych czynności koniecznych do udokumentowania, że się jest specjalistą. Znowu na przemian wrócił ten niesprawdzony system do Polski.

Znalazłem jeszcze jedną drobną różnicę w przepisach specjalizacyjnych u naszych sąsiadów w porównaniu z polskimi. Pewnie też nie ostatnią, ale istotną. Niemcy umieścili prawie na samym początku przepisów o specjalizacji ginekologiczno -położniczej sprawę przerywania ciąży bez ogródek i nazwali ją po imieniu, chociaż nie da się ukryć, że są podobnie jak my również narodem chrześcijańskim. Debaty zaś w parlamencie na temat przerywania ciąży ciągnęły się tu dłużej, niż w Polsce, tak długo, że większość widzów zasypiała przy telewizorze. Pozwolę sobie przytoczyć fragment o przerywaniu ciąży z listy Izby Lekarskiej dotyczącej specjalizacji ginekologów w Niemczech:

„Do uzyskania specjalizacji w zakresie chorób kobiecych i położnictwa należą............ zdobycie szczegółowej wiedzy, doświadczenia i biegłości ........w udzielaniu porad i stawianiu wskazań do przerwania ciąży z uwzględnieniem stanu zdrowia i psychicznego ryzyka, oraz podstaw prawnych.......................”

Polacy zakamuflowali ten obrzydliwy tematycznie przepis uczenia się przez specjalistów ginekologów obchodzenia z niepożądaną ciążą. Napisali wprawdzie coś na niby, co jest także przepisem, ale podobnym do zespołu Klinefeltera, od którego oczekuje się zapłodnienia. Oto ten skrót, który wyczytałem w WPG:

„Oczekuje się, że lekarz w czasie specjalizacji nabędzie wiedzę w zakresie.......... .......poradnictwa w zakresie planowania rodziny, w tym metod naturalnego planowania rodziny i antykoncepcji, ..................” Sic !

Kiedy zaraz potem przeczytałem, że lekarz specjalizujący się w ginekologii i położnictwie ma obowiązek .....” rozpoznawania i odpowiedniego postępowania w przypadku przemocy, zwłaszcza seksualnej wobec kobiet i dziewcząt,...ogarnął mnie pusty śmiech. Ten idiotyczny obowiązek, podyktowany zapewne przez rządzące polską służbą zdrowia kobiety, przeszedł moje najśmielsze oczekiwania. Było mi potem raczej smutno, gdyż nie potrafiłem sobie wyjaśnić, jak mogło do tego dojść, że poważni i uczeni ginekolodzy dopuścili do umieszczenia w słowie drukowanym takiej bzdury. To temat na osobny esej. Drobiazgowe szukanie w przepisach niemieckich czegoś podobnego nie dało efektu. Nic takiego nie znalazłem i zupełnie mnie to nie zdziwiło, gdyż w Niemczech zajmuje się tym policja i inne organy ścigania.

Po okresie specjalizacji i po uzyskaniu statusu lekarza specjalisty, szkolenie podyplomowe musi w Niemczech odbywać się nadal wedle odnośnych reguł, z tą małą tylko różnicą, że teraz już na własny, z reguły wysoki koszt i w czasie swego własnego urlopu. Kto chce w medycynie zarabiać, musi się szkolić, musi się tym szkoleniem wykazywać zbierając po drodze dokształcania się punkty, co też trąci przedszkolem, ale jest jakąś motywacją, która popycha poważnych ludzi do wysłuchiwania niepoważnych referatów ukierunkowanych raczej na zarabianie pieniędzy. Niezależnie od tego musi się ciężko pracować, aby mieć za co się szkolić. Nie jest to jednakże przymus administracyjny, to jest przymus podyktowany kapitalistycznym prawem do zarabiania i posiadania pieniędzy tylko przez tych, którzy coś potrafią.

Nie będę daleki od prawdy, jeśli powiem, że koszt podyplomowego szkolenia się w jakiejś dodatkowej dziedzinie, stanowiącej warunek do rozliczania się z Kasą Chorych za udzielane świadczenia, kosztuje kilka, kilkanaście a nawet i kilkadziesiąt tysięcy marek i trwa nieraz latami. Kursy te bowiem odbywają się najczęściej w czasie weekendów i z tego powodu przeciągają się w czasie. Uzyskanie zatem odpowiedniego uprawnienia od Zjednoczenia Lekarskiego, a co za tym idzie uprawnienia do rozliczania udzielanych świadczeń z Kasą Chorych i zarabiania po prostu pieniędzy, trwa bardzo długo. Kto tego nie robi, kto się nie doszkala, nie chce płacić za te uprawnienia i za wszystkie koszty dodatkowe, jak hotel, dojazd i jedzenie, pozostaje nadal lekarzem, ale staje się z czasem lekarzem kadłubowym o coraz to cieńszym kadłubie, który, być może, wiele umie, ale niewiele zarabia, a jego kadłub niebawem będzie bardziej podobny do wygłodzonego na śmierć szkieletu. Co gorsze, nikt się tym szkieletem nie będzie przejmował.

Takie jest prawo demokracji, która od samego początku swego istnienia żyje w konkubinacie z kapitalizmem i ma ludzki charakter, czyli charakter drapieżnika.

Zbigniew Szczepański



powrót do spisu treści

powrót do listy numerów archiwalnych

powrót do strony głównej